Debiuty bywają różne i mają to do siebie, że na ogół podchodzimy do nich jak pies do jeża. Zwłaszcza że w połowie przypadków po zakończeniu danej powieści mamy ochotę wysłać pisarzowi długi list wyrażający mniej więcej tyle: "Trzymaj się Pan z dala od komputera, laptopa, maszyny do pisania, czy chociażby kartki papieru i długopisu. Jeżeli aż tak się Panu nudzi to polecam wędkowanie, a nie publikowanie swoich wypocin, które powinny były zostać w szufladzie".
Jednak od czasu do czasu zdarza się, że wśród tego całego barachła można znaleźć prawdziwe perełki. No może jeszcze nie do końca oczyszczone z mułu, ale już zapowiadające się świetnie. Właśnie do tego rodzaju debiutów przyporządkowałabym Krew i stal Jacka Łukawskiego.








