028. Marsjanin - Andy Weir

Bardzo rzadko sięgam po książki o kosmosie. Właściwie to Marsjanin jest chyba pierwszą przeczytaną przez mnie książką, której akcja nie dzieje się na Ziemi, albo ewentualnie w wymyślonym świecie. Po prostu nie interesują mnie te klimaty, a szkoda, bo ostatnio robią się coraz popularniejsze. Postanowiłam więc przełamać moją niechęć do tego nietypowego miejsca akcji jakim jest kosmos. A jaka inna powieść niż zachwalany przez wszystkich Marsjanin Andy'ego Weira?...
I muszę przyznać, że po jego lekturze zabrakło mi słów.

[12.04] JPL: (...) Proszę, uważaj na swój język. Wszystko, co napiszesz, nadajemy na żywo na cały świat.
[12.15] WATNEY: Patrzcie! Cycki! ==>> (.Y.)

Załoga Aresa 3, po zaledwie kilku dniach swojego pobytu na Marsie, musi jak najszybciej ewakuować się z Czerwonej Planety. Straszliwa burza piaskowa zagraża bezpieczeństwu członków ekspedycji. Niestety podczas ucieczki Mark Watney ma poważny wypadek. Zostaje uznany za martwego, a jego załoga opuszcza Marsa bez niego. Kiedy nasz bohater się budzi odkrywa, że jest zupełnie sam. Rozpoczyna się walka o przetrwanie, której jakby się zdawało nie można wygrać...

To dziwne uczucie. Gdziekolwiek pójdę, jestem pierwszy. Wyjść z łazika? Pierwszy człowiek, który tu był! Wejść na wzgórze? Pierwszy gość, który na nie wszedł! Kopnąć kamień? Ten kamień był w tym miejscu od milionów lat!

Pewnie po wstępie myślicie, że będę kolejną osobą ślepo wychwalającą Marsjanina.
Niestety, nie tym razem.
Moja pierwsza refleksja po lekturze była taka, że jeśli każda książka, której akcja rozgrywa się w kosmosie, jest tak nudna jak ta, to ja chyba je sobie podaruje. A słów mi braknie, bo nawet nie wiem od czego zacząć.

Większość tej pozycji stanowi pseudonaukowy bełkot i "stosowanie go w praktyce". Rozdział w którym nie pojawią się słowa i wyrażenia jak oksygenerator, regulator atmosfery czy wymrażanie frakcyjne, to rozdział stracony. Do tego non stop mamy do czynienia z wszelkimi procesami chemiczno-fizycznymi, których wiarygodności nawet nie jestem w stanie ocenić. Zwyczajnie na poziomie gimnazjum cieszę się, że umiem otrzymywać sole dziewięcioma metodami oraz oraz obliczać przyśpieszenie pociągu między stacjami. Poza tym książka oferuje pasjonujące tajniki wykręcania, przykręcania oraz wkręcania wszelkiej maści śrubek, śrubeczek i śrubuniek, a po przeczytaniu jej połowy wszelkie nazwy typu ZCzRA, MDV, MAV i  RTG zwyczajnie mi się pokićkoliły na czym świat stoi.
Jednak nawet z moją szczątkową, jak już ustaliśmy, wiedzą z zakresu nauk ścisłych zdaję sobie sprawę, że to co Watney wyczyniał na Czerwonej Planecie jest równie prawdopodobne jak moja szóstka z fizyki - może w teorii ma to jakieś podstawy, ale w praktyce prędzej zjesz własne buty.

Ta powieść mnie po prostu strasznie wynudziła. Jakaś bardziej interesująca według mnie akcja miała miejsce dopiero na ostatnich stu stronach książki. Reszta to była po prostu najnudniejsza lekcja fizyki z elementami chemii jaką miałam. I tyle.
Najbardziej rozwalają mnie głosy o tym, że Marsjanin to książka o samotności i woli przetrwania... Nie moi mili. Marsjanin to książka o sianiu ziemniaków oraz przekręcaniu i wkręcaniu śrubek, rzecz jasna pięciokątnych.

To może teraz przejdźmy do idola tłumów, czyli Marka Watney, który swoimi umiejętnościami mógłby zawstydzić samego MacGavyera. Inteligentny, z dużą wiedzą, zabawny... Facet idealny. Ciekawe tylko czy ma sześciopak... No, dobra. Teraz serio. Moim zdaniem sam Watney jest świetną postacią. Może troszkę zbyt perfekcyjną, ale wiadomo - facetowi z takim poczuciem humoru się wybacza. Watney odznaczył się też silnym charakterem. W końcu nie każdy wytrzymałby tyle dni samemu na obcej planecie bez możliwości kontaktu z ludźmi. 

Gorzej mają się pozostali bohaterowie.
Autor rozpaczliwie próbował nadać innym postacią jakąś głębię, jednak wyszło mu to... no powiedzmy, że mu to nie wyszło. Były ckliwe rozmowy członków załogi  Aresa 3 z ich najbliższymi, były zawahania pracowników NASA i ich rozpaczliwe próby ściągnięcia Marka na Ziemię, ale to wszystko było moim skromnym zdaniem bardzo przerysowane i nic więcej.  Wszyscy bohaterowie poboczni w tej powieści służyli tylko jako tło dla Watneya.

W normalnych warunkach bardzo rzadko czepiam się kwestii tłumaczeń. Po prostu powieści często łykam, a wtedy nie myślę o tym czy coś jest poprawne językowo, czy nie.
Tym razem jednak czepnąć się muszę.
Drodzy państwo! Tłumaczenie Marsjanina po prostu woła o pomstę do nieba. Powtórzenia, zdania, które brzmią jakby ktoś tłumaczył słowo w słowo z języka chińskiego, a nie angielskiego, oraz błędy logiczne. Znane już jest chyba wszystkim "sianie" ziemniaków, ale moim ulubionym fragmentem jest ten, w którym temperatura w Habie spadła najpierw do minus pięciu stopni Celsjusza, a potem jeszcze do plus jednego (str. 48). Po prostu perełka tłumaczeń! 

Poza tym w pewnych fragmentach miałam wrażenie, że tłumacz nie wiedział nawet co to jest deklinacja i koniugacja. Teraz ciężko mi jest znaleźć te konkretne zdania (ups, nie zaznaczyłam ich), ale mam nadzieję, że uwierzycie mi na słowo.
Jednym słowem - nie wierzę, że ta książka przeszła przez jakiegokolwiek korektora, a tłumacz powinien schować się ze wstydu pod biurko. A żeby nie była, że wieszam psy na autorze przekładu, a może to pisarz zawinił, odsyłam Was do tego samego artykułu, o którym wspominał Jerzy z kanału Kto czyta książki żyje podwójnie (którego oglądam na bieżąco i serdecznie Wam go polecam) -> [LINK]. Możecie tam sobie poczytać o innych kwiatkach w tłumaczeniu pana Ringa (i torszkę pośmiać ;)).
Poza tym bardzo mnie irytowała sama konstrukcja zdań. Nie jestem tylko pewna czy jest to wina tłumacza, czy autora. Miałam wrażenie, że osoba za to odpowiedzialna nie wie jak postawić przecinek, więc rozbija po prostu jedną długą wypowiedź na dwie krótsze. Nie jestem nie wiadomo jak wymagająca jeśli chodzi o sam język jakim książka została napisana, ale czegoś takiego nie daruję.

Może na­pi­szę opi­nię klien­ta. „Za­bra­łem go na po­wierzch­nię Mar­sa i prze­stał dzia­łać. 0/10”.

Marsjanin w sam raz nadaję się na lekturę szkolną. Po pierwsze, jest nudny jak flaki z olejem. Po drugie, można go nad interpretować do woli. Jedyną przeszkodą są beznadziejne walory językowe tej pozycji, ale po drobnej korekcie myślże, że będzie dobrze.
Polecam tę powieść wszystkim tym, którzy nie mogą w nocy zasnąć. Po kilku opisach przerabiania łazików nie będziecie już potrzebowali żadnych proszków nasennych.

|| OCENA: 4 / 10 | TŁUMACZENIE: MARCIN RING | TYTUŁ ORYGINAŁU: THE MARTIAN | DATA WYDANIA: 2015 | LICZBA STRON: 382 | WYDAWNICTWO AKURAT ||

KSIĄŻKA PRZECZYTANA W RAMACH:

18 komentarzy:

  1. Chyba bym się na nią nie skusiła, ale fajnie wszystko opisałaś!:)
    www.wkrotkichzdaniach.pl - nowy wpis.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaskoczyła mnie twoja recenzja, bo czytałam raczej same pozytywne. Miałam kupic tę książkę, ale teraz się waham.
    Dwiestronyksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej pory natknęłam się jedynie na jedną negatywną opinię donośnie tej książki poza moją własną, więc rozumiem Twoje zaskoczenie. Możliwe, że to po prostu ja jestem ta nawiedzona ;)

      Usuń
  3. Haha, teraz to już w ogóle ciekawi mnie ta książka :D Nawet jako środek nasenny mi się przyda, bo niestety cierpię na bezsenność. Muszę ją zdobyć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech moc będzie z Tobą podczas lektury tejże książki! I oby spodobała Ci się bardziej niż mi ;)

      Usuń
  4. Mimo że mnie się podobała rozumiem, że kogoś mogła wynudzić. Ale żeby Mark był idealny? Bez przesady, chyba nie czytałaś żadnych kiepskich romansów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że od kiepskich romansideł trzymam się z daleka i nie tykam ich nawet trzymetrowym kijem ;) Możliwe, że na tle tamtejszych bohaterów Mark jest dużo mniej wyidealizowany. I możliwe, że oceniam go surowiej przez to, że książka sama w sobie też mi się zwyczajnie nie podobała, ale takie są moje odczucia po lekturze - po prostu się nimi dzielę :)

      Usuń
  5. Szkoda tego tłumaczenia, bo książkę mam ochotę przeczytać. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tłumaczenie to prawdziwa fuszerka i nic więcej... Ale mam nadzieję, że Tobie książka mimo to podoba się bardziej niż mi ;)

      Usuń
  6. Nie wiem czemu, ale jakoś ta książka nie woła mnie do siebie kompletnie i nie mam ochoty po nią sięgać, tak samo po film.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sięgnęłam po nią głównie ze względu na wszechobecne zachwyty i dość mocno się przejechałam :/

      Usuń
  7. To zdecydowanie nie moja bajka, więc odpuszczę sobie tę lekturę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Do mnie też ta książka nie przemawia...chyba szkoda mi na nią mojego cennego czasu... :)
    Pozdrawiam! włóczykijka z marcepanowych recenzji

    OdpowiedzUsuń
  9. Mimo Twojej recenzji, po Marsjanina pewnie i tak sięgnę. Choćby po to, by przekonać się, czy faktycznie jest tak zły, jak piszesz. Za dużo było w około tej książki szumu, by ją sobie teraz odpuścić :D
    http://mybooktown.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Po książkę raczej nie sięgnę, ponieważ to nie są moje klimaty.^^
    Pozdrawiam ~ Bacha
    dostatniejstrony.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo ciekawi mnie ta książka, choć nie wiem kiedy ją przeczytam :)

    Pozdrawiam, Jabłuszkooo ♡
    Szelest stron - kilk!

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.