027. Litr ciekłego ołowiu - Andrzej Pilipiuk

Myślę, że w niemal każdym domu znajdzie się pudełko, do którego wkładamy różne dziwne rzeczy, których z jednej strony żal nam wyrzucić, a z drugiej nie są już nam potrzebne. No wiecie - jakieś stare zdjęcia, pocztówki, guziki, czuhajstry... Takie małe skarby, które już dawno utraciły swoją wartość dla całego świata, ale nie dla nas samych. Właśnie z takimi pudełkami kojarzą mi się zbiory opowiadań Pilipiuka. Można znaleźć w nich prawie wszystko i są to zazwyczaj historie dziwne, z własnym specyficznym klimatem, który przyciągał mnie jak magnes.
A przynajmniej takie odniosłam wrażenie czytając Czerwoną gorączkę tego autora. Było to całkiem niedawno i od razu miałam ochotę na więcej. W związku z tym, gdy dowiedziałam się, że pod koniec kwietnia wychodzi kolejny zbiór opowiadań nie mogłam się go doczekać. Machnęłam ręką na poprzednie i zdecydowałam się sięgnąć od razu po Litr ciekłego ołowiu. Tylko czy słusznie?

Za dużo czytam, pomyślałem. Gdybym przeczytał rocznie dziesięć książek, nie byłoby problemu. A jak się czyta setki, to potem nie sposób zapanować nad tym śmietnikiem, który się zrobiło we własnej głowie.

Pilipiuk ma dosyć dziwne pomysły. Ba!, bardzo dziwne, choć powiedziałabym, że są one dziwne po polsku. To znaczy, że autor w swoich opowiadaniach dużo czerpie z historii naszego kraju oraz naszej kultury. Tylko należy zdać sobie też sprawę z tego, że jego proza nie jest jakoś tak specjalnie ambitna. Nazwałabym to takim polskim guilty pressure. Miło się czyta, ale nie zmieni to Twojego spojrzenia na świat albo nie okaże się jakąś prawdą objawioną.

Należy panu Pilipiukowi oddać to, że wszystkie jego opowiadania są na równym poziomie. Oczywiście zawsze będą jakieś, które akurat bardziej przypadły mi do gustu, lub które mi się nie spodobały. Chodzi mi raczej o to, że wszystkie zostały napisane takim samym, przyjemnym językiem.
Powiem jednak szczerze, że ten zbiór opowiadań wydał mi się mimo wszystko gorszy od poprzedniego, który czytałam. Zrozumiałam o co chodziło tym, którzy mówili, że Pilipiuk umie już tylko odcinać kupony od sławnego nazwiska. Większość opowiadań przedstawia nam historyjki o postaciach znanych już z poprzednich tomów i widać, że jest to już zrobione bardziej dla fanów autora niż dla wszystkich. Według mnie jako dla osoby, która nie czytała poprzednich tomików było to już zwyczajnie trochę nudnawe. Zwłaszcza, że spodziewałam się większej różnorodności. A tutaj wyglądało to trochę tak jakby autorowi skończyły się pomysły.

W zbiorze znajduje się osiem opowiadań z czego cztery dotyczą przygód Roberta Storma. Według mnie są one dość ciekawe, jednak troszkę bez polotu. Dialogi we wszystkich są trochę koślawe, a wszyscy zachowują się na wskroś stereotypowo. Jednak tytułowe opowiadanie Litr ciekłego ołowiu, również z tym panem w roli głównej, jest moim zdaniem jednym z lepszych opowiadań Pilipiuka jakie czytałam. Już sam pomysł jest ciekawy - na warszawskiej Pradze w zakonspirowanej drukarni ktoś wznawia nakład przedwojennej gazety, a Storm usiłuje ją wytropić. W połączeniu z typowym stylem pana Pilipiuka ta opowiastka naprawdę działa na wyobraźnię. Kolejnym opowiadaniem stormowym, które mi osobiście bardzo się podobało jest Sezam Czerwia (tak, nazwa dość mało apetyczna...). Główny bohater usiłuje znaleźć miejsce, gdzie pewien Żyd podczas swojego pobytu w warszawskim getcie ukrył mnóstwo cennych obrazów. Oczywiście zważywszy na fakt, że cała tamta część miasta została najpierw doszczętnie zniszczona, a potem odbudowana zupełnie inaczej nie będzie to proste zadanie...
Jeżeli chodzi o pozostałe opowiadania są one trochę nieciekawe. Zwyczajnie widać, że temu panu najciekawsze pomysły już się niestety skończyły. Bo, niestety, ani harcerka hasająca z księżniczką Matyldą po zniszczonej Warszawie w poszukiwaniu krzyża harcerskiego, ani oficer NKWD znajdujący się ze swymi podwładnymi w jakiejś dziwnej szklarni, nie przypadli mi do gustu. Jedynie Cienie, czyli krótka opowiastka o marszałku Piłsudskim, oraz Złudzenie negacji o doktorze Skórzewskim oraz pewnym szamanie voodoo w carskiej Rosji były naprawdę interesujące i godne uwagi.

Gdzie te czasy, gdy ludzie śpiewali przy pracy, pomyślałem z żalem, zamykając okno. Pieśni żniwne, pieśni przy darciu pierza, opowieści snute w ciemne zimowe wieczory... Myśmy to zatracili. Mamy w zamian setkę kanałów w telewizji, a co jeden, to głupszy.

Litr ciekłego ołowiu to umiarkowanie ciekawy zbiór opowiadań, jednak nie poleciłabym go komuś kto chce dopiero zapoznać się z twórczością pana Pilipiuka. Fani raczej nie powinni się na nim zawieść. Osobiście, jako osoba, która czytała na razie tylko jedną inną książkę tego pana czuję się jednak troszkę oszukana. Te opowiadania były po prostu mało wyszukane, bez żadnego polotu i pisane tylko po to by coś wydać.
Sam zbiór polecam tylko tym, którzy są w stanie przeczytać tyle o Robercie Stormie pod rząd, bo ja już na samo brzmienie tego nazwiska mam dość.
|| OCENA: 6 / 10 | DATA WYDANIA: 22 KWIETNIA 2016 | LICZBA STRON: 384 | WYDAWNICTWO FABRYKA SŁÓW | SERIA: ŚWIATY PILIPIUKA ||

~~~

KSIĄŻKA PRZECZYTANA W RAMACH 

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.