Projekt ustawy o jednolitej cenie książki, czyli jak zniechęcić do czytania | Plototeka

Salut moi drodzy!
Normalnie nie poruszam w internecie żadnych tematów związanych z polityką, ale tym razem nie jestem w stanie się powstrzymać. Zwłaszcza, że ta ustawa najbardziej uderza w nas - nałogowych czytelników, którzy lubią móc postawić swój egzemplarz danej pozycji na półce. I naprawdę nie poruszałabym tematu, gdyby ta ustawa naprawdę miałaby w jakiś sposób chronić dobro jakim jest literatura. 
Niemniej coś mi mówi, że twórcom tej regulacji bynajmniej nie przyświecały tak szczytne cele.

Najpierw kilka słów dla tych, którzy nie wiedzą o czym mowa. Projekt ustawy o jednolitej cenie książki w skrócie mówi o tym, że przez rok od daty premiery nie będzie można kupić książki taniej od ceny okładkowej. Ani w tradycyjnej formie, ani jako e-book czy audiobook. Jedynym wyjątkiem mają być Targi Książki trwające nie dłużej niż cztery dni, na których będzie można kupić książkę o 15% taniej, oraz sytuacja, gdy jakieś instytucji kultury będą chciały zakupić dane pozycje. Ustawa obejmie również podręczniki -,-' 
Projekt ustawy stworzyła Polska Izba Książki, a niedawno został on  przyjęty przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.  
TVN24 podaje, że mają być też możliwe jakieś rabaty o wysokości 5%, ale ja jakoś nie mogę się tego doszukać w ustawie, więc nie wiem, w jakich okolicznościach.
Warto też dodać, że zgodnie z projektem ustawy ma powstać jakieś ciało nadzorujące, czy aby na pewno wszyscy stosują się do jej przepisów. A to z kolei oznacza, że powstanie kolejna nic nie warta instytucja, która będzie wyciągała pieniądze z kiesy podatnika -,-' Super! Polskie państwo, takie kochane!

We wstępie do projektu ustawy możemy przeczytać, że ma ona chronić książkę, zapewnić do niej dostęp (jakby teraz go nie było -,-'), ubogacić obecną ofertą wydawniczą oraz rozpropagować czytelnictwo jako „narzędzie rozwoju intelektualnego i kulturalnego jednostki i skutecznego sposobu budowania kapitału społecznego” (cytat z samej ustawy, link w źródłach na końcu posta). Dodatkowo z uzasadnienia do tegoż projektu (link również w źródłach) możemy się dowiedzieć, że podobne regulacje funkcjonują w wielu innych europejskich krajach i „jednolita cena książek w perspektywie doprowadziła do poszerzenia oferty wydawniczej o książki ambitne”.
Niestety, twórcy zapomnieli wspomnieć, że podobna ustawa w innych krajach, jak np. w Izraelu, poniosła kompletne fiasko. 

Powiem szczerze, że przeczytałam ten projekt ustawy i mam wrażenie, że albo ja jestem jakaś średnio rozgarnięta, albo ktoś chce nas zrobić w bambuko. Nie rozumiem jak zmuszanie ludzi do płacenia 40, 50 czy 60 złotych za książkę miałoby pomóc polskiemu czytelnictwu. Albo jak ma to wpłynąć na poszerzenie oferty wydawniczej o jakieś perełki literackie?... Jaka jest w tym logika? Jak ludzie nie kupują teraz książki za 20 zł, to tym bardziej nie będą jej kupować za 40 zł. 

Tak samo nie rozumiem jak ta ustawa ma chronić biedne, małe księgarenki przed złymi dyskontami. W teorii niby się wszystko zgadza. Księgarenek nie-sieciówek nie stać na robienie promocji -30%, a ci okropni czytelnicy wolą kupować w internecie książki nie za 40 zł tylko za 25 zł.
No niby się wszystko zgadza... Tylko zadajmy sobie jedno kluczowe pytanie. Kto jest większym zagrożeniem dla małych księgarni: dyskonty czy Empik? Zaznaczmy tutaj, że internetowe księgarnie nadal nie są zbyt popularne, a Empik to potęga na polskim rynku i numer jeden jeśli chodzi o sprzedaż książek. Dodajmy do tego fakt, że podobno zwykła księgarnia kupuje od wydawnictwa książki o wiele drożej niż rzeczony potentat?...
W tym kontekście warto wrócić do tematu ambitnej literatury. Jak możemy przeczytać w ustawie w krajach, gdzie wprowadzono jednolitą cenę książki:
„z chwilą, kiedy księgarnie nie musiały już angażować znacznych środków w prowadzenie „wojen cenowych” z dyskontami i sklepami wielkopowierzchniowymi i rezygnować z istotnej części swoich marż, możliwe stało się przeznaczenie części tych środków na utrzymanie szerokiej oferty wydawniczej.”  
Jak to się ma do polskich warunków? No? Słucham?
Polskie małe księgarni nie mają się tak źle, bo dyskonty je rujnują. Za to robi to Empik i inne duże sieci. I to nie przez promocje, tylko dzięki temu, że u nich jest większy wybór pozycji książkowych. Niestety, na to ustawa już lekarstwa nie podaje. A przecież wystarczyłoby wprowadzić zasadę, że wszystkie księgarnie kupują od wydawnictw pozycje w takiej samej cenie.
No, ale nie, bo po co. W końcu lepiej gnoić zwykłego Kowalskiego, który lubi czytać i mieć książki na półce.

Do tego, sorry, ale muszę jedną rzecz nadmienić. Gdy się zaczyna robić jakiś biznes, to trzeba mieć na niego pomysł i liczyć się z tym, że to może nie wypalić. Nie inaczej jest z księgarniami. Przecież, mimo niesprzyjających warunków, fajne i klimatyczne księgarenki jakoś dają sobie radę. Natomiast te, które nie mają nic ciekawego do zaoferowania upadają. Tak to działa! Dobry pomysł sam się obroni, bo ludzie będą do niego ciągnąć. Nadmienię też, że sama czasem robię sobie rajd po małych księgarniach w centrum mojego miasta albo w mojej najbliższej okolicy. Nie jest ich dużo, ale za to mają swój klimat i biorąc pod uwagę to jak długo funkcjonują, chyba mają się nieźle. Często można w nich znaleźć naprawdę wartościowe książki. Do tego jeśli czegoś nie mają na składzie, to zawsze można się dogadać ze sprzedawcą, by zamówił poszukiwaną przez nas książkę.
Swoją drogę to też ma regulować ustawa. Od tej pory księgarnia będzie musiała ściągnąć żądaną przez nas książkę. Mogłabym uznać to za jedyny plus tej ustawy, gdyby nie fakt, że i tak jest to w większości lokali norma -,-' 

Dodam jeszcze, że w krajach, gdzie ta ustawa weszła w życie, wbrew słowom jej zwolenników, wcale nie jest tak różowo. Jak podaje NaTemat (LINK) we Włoszech małe księgarnie plajtują jedna po drugiej. Podobnie jest we Francji, gdzie spada ilość księgarni natomiast zwiększa się ich powierzchnia - jednym słowem giganci wygryzają konkurencję.
Jakby tego było mało zdaniem niektórych ustawa uderzy też w biblioteki i inne instytucje kulturalne, które w razie wprowadzenia regulacji w życie będą musiały kupować książki za cenę od 80% do 100%, a obecnie są w stanie robić to dużo korzystniej.

Zresztą, podsumowując, całe uzasadnienie tej ustawy jest śmiechu warte. Bądźmy szczerzy:
Po pierwsze, ta ustawa wcale nie poprawi sytuacji małych księgarń, a może nawet ją pogorszy, bo w ogólnym rozrachunku ludzie będą kupowali mniej książek.
Po drugie, ludzie i tak mając do wyboru Empik i małą, często kiepsko zaopatrzoną, księgarenkę i tak wybiorą to pierwsze.
Po trzecie, absolutnie nie przyczyni się to do wzrostu czytelnictwa w Polsce. Nie wiem, w ogóle kto wymyślił ten argument-inwalidę.
Po czwarte, w żadnym wypadku ustawa ta nie chroni książki, a wręcz przeciwnie - naraża twórców i wydawnictwa na to, że ludzie zamiast płacić pełną cenę okładkową będą ściągać powieści nielegalnie (co oczywiście jest godne potępienia).
Po piąte, ta ustawa jedynie uderza w czytelników i księgarnie internetowe, a nie broni niczyich interesów. No bo kto na tym skorzysta? Wydawnictwa? I tak będą od księgarni dostawać tyle samo za książki. Małe księgarnie? Już ustaliliśmy, że nie. Sieciówki? Śmiem twierdzić, że taki Empik obraca tak wielkimi pieniędzmi, że w tym momencie jednolita cena ich gila. Poza tym akurat on promocje robi rzadko oraz i tak na pozycje starsze.
Po szóste, co w takim razie z księgarniami internetowymi? Jak one będą miały konkurować na rynku, skoro czytelnik polski woli jednak kupować w księgarni stacjonarnej? Zwłaszcza, że dojdą jeszcze koszty dostawy, które sprawią, że kupowanie nowości w internecie będzie skrajnie nieopłacalne?
Chociaż nie wiem, czy będzie teraz można o jakiejś rywalizacji mówić... 

Swoją drogą, czy ta sytuacja nie jest irracjonalna? Co roku się słyszy, że Polacy nie czytają albo że książki są za drogie. Co więc ma nam pomóc w tej sytuacji?... Zakazanie promocji. Walczymy o prawa małych księgarenek, które i tak bardziej stracą niż zyskają, a gdzie w tym wszystkim jest sam czytelnik?

Inna sprawa, że jakby nie było po roku będzie można te książki dostać taniej. Dodatkowo starsze książki też nadal będzie można kupić po promocji. Marna pociecha, ale zawsze pociecha.
Dodatkowo jest pewna nadzieja a leży ona w tzw. outletach. Książki uszkodzone będzie można bowiem sprzedawać taniej. Coś mi mówi, że nagle pojawi się dużo atrakcyjnych ofert dotyczących egzemplarzy z zagiętymi rogami czy delikatnie zarysowanymi okładkami. Tak więc jakoś te przepisy może da się obejść ;) Chyba, że te zapisy zostaną usunięte...

Będę szczera. Jestem naprawdę wściekła na tę sytuację. Zwłaszcza, że nikt zbyt głośno, z tego co wiem, nie protestuje. Przy innych durnych projektach opinia publiczna i media podnosiły larum jakby świat się walił, a tym razem mam wrażenie, że wszyscy mają to gdzieś...
I właśnie dlatego gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że ten projekt niestety przejdzie. PiS z wielu swoich dziwnych pomysłów już się wycofał, ale tym razem widać, że ustawa nie budzi wcale aż takich emocji.
Niemniej próbować zawsze warto. Dlatego zachęcam Was do podpisania petycji do MKiDN o nie wprowadzaniu do życia tejże ustawy [LINK]. Jeśli możecie, podpiszcie ją i podeślijcie znajomym! Miejmy nadzieje, że nam się uda!

Uzasadnienie ustawy: [link]
Sama ustawa: [link]

~*~
A co Wy myślicie na ten temat? Jest nadzieja, że ustawa nie wejdzie w życie? Piszcie śmiało ;)

2 komentarze:

  1. Ja na swoim blogu już napisałam co sądzę na temat tej ustawy, więc nie będę się powtarzać. Jednak jak możesz się domyślać, zgadzam się z tym co piszesz. Cała sytuacja jest motywowana całkowicie innymi powodami, niżeli wzrost czytelnictwa. Szkoda, że nikt głośno o tym nie mówi, tylko pozwala żeby cierpiały na tym niewinne podmioty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się przyłączam.
    Poza tym dzisiaj wyjdzie u mnie post z linkami do wielu blogerów/vlogerów z wyrazami oburzenia na tę ustawę. Ciebie również podlinkuję ;)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.