O kuratorze słów kilka, czyli #WyjątkowoNieksiążkowo

Ahoj Kochani!
Dziś temat wyjątkowo nieksiążkowy, a bardziej szkolny, czyli po rozwodzę się dzisiaj nad tematem jakże ważnym i ciekawym... czyli konkursach kuratoryjnych. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że osoby, które skończyły już gimnazjum mają to gdzieś i najprawdopodobniej uważają, że to kwestia równie ciekawa jak zeszłoroczny śnieg, ale sorry Winnetou muszę się na ten temat trochę wygadać. I od razu mówię, że mam zamiar wylać wszelkie swoje żale, zastrzeżenia i marudzenia, więc proszę nie traktować tego zbyt poważnie ;)

W etapach szkolnych różnych kuratorach brałam łącznie udział cztery razy - w drugiej klasie startowałam z angielskiego (zabrakło mi 1 punkcika, żeby przejść dalej), polskiego i historii, a teraz w klasie trzeciej ograniczyłam się jedynie do mojej prywatnej królowej nauk, czyli historii. I o ile w zeszłym roku sprawę łagodnie mówiąc "zlałam", tak w tym roku wzięłam się ostro do roboty. Swój cenny czas na czytanie książek poświeciłam w całości powtórkom i próbami rozszerzania swojej wiedzy, a do tego jeszcze ochoczo poszłam na kółko historyczne. Ględzimy sobie wesoło z facetem, gadamy odnośnie zakresów z jakich są poszczególne etapy, a ten nagle nas informuje o tym, że podniesiono progi - z 60% podajże do 80%. Moja mina:

A potem nas jeszcze informuje, że panie, które układają kuratory z historii lubią dawać pytania z zakresu maturalnego.

No, ale nic. To oznacza jedno: jeszcze więcej czasu nad repetytorium i innymi pomocami naukowymi. Oczywiście w czasie tejże nauki człowiek, który naprawdę chce jakoś na tym konkursie wypaść, przechodzi przez wszystkie stany depresyjno-choleryczne od tak zwanego „P*******, nie robię” przez „E tam, jakoś dam radę” do „Chlip, nic nie umiem, to nie ma sensu i tak mnie na czymś udupią”.

Teraz więc możemy chyba już przejść do tzw. kółka historycznego. Które jest kiepskim żartem.
Prowadzone średnio od końcówki września do samego kuratora (czyli końcówki października) zamiast na przykład rozszerzać jakieś tematy jak chociażby słabo omawiane w gimnazjum rozbicie dzielnicowe, albo nadrabiać to, czego facet nie zdąży przerobić z nami na lekcji, służy do rozwiązywania kuratorów z poprzednich lat. Danke schön, ja to kurde mogę robić (i robię) w domu! Zwłaszcza, że rozwiązanie jednego testu zajmuje ok. dwóch spotkań -,-'

W końcu nadchodzi ten sądny dzień. Człowiek kuł przez Bóg wie ile. Wiedzę ma w małym palcu i z czystym sumieniem może się nazwać bagatela bogiem dat. Dobrze wie kim był Richelieu, Chlodwig, co zrobił Teodozjusz Wielki, w którym roku była bitwa pod Warką, kiedy zginął Władysław Warneńczyk, a o Kościuszce tobyś mógł biografie napisać.
Wiele godzin kucia, szukania, podkreślania, rozwiązywania chyba na marne nie poszło, człowiek czuje się całkiem pewnie. Odbiera od znajomych obietnice, że będą trzymać kciuki i wchodzi do klasy mniej więcej tak:

A wychodzi tak:
Ale cóż się stało?
No cóż, na początku było tak pięknie! Prościzna, luz, a to pytanie jak z podstawówki! Gdy nagle... Dowiadujesz się, że było coś takiego jak przywilej warcki, a ty masz wiedzieć co to, kiedy to było i kto go dał szlachcie.

No okej, tego nie wiem, nie wszystko stracone... Lecim dalej... Jezu!, kto to był Pizzaro o.O
I tak z każdym pytaniem coraz gorzej, gorzej i gorzej... 
Próbujesz przeliczać punkty, zmieniasz odpowiedzi, to co napisałeś pięć minut temu i co wydawało się pewne, teraz wzbudza wątpliwości, dwoisz się, troisz, jesteś w stanie przehandlować duszę za datę bitwy pod Poiters...

Gdy w końcu dochodzisz do wniosku, że i tak nic więcej nie napiszesz podejmujesz męską decyzję i oddajesz pracę. Bierzesz plecak, komórkę (zwykle ją zabierają na czas trwania konkursu) i się zmywasz.
Jednakże wystarczy, że ujdziesz raptem pięć kroków i oczywiście, jak na złość, nagle dostajesz olśnienia: „Noszszsz k****, oczywiście, że Sankt Petersburg wybudowano w 1703, a stolicą został w 1712! A ostatnim królem Rzymu był Tarkwiniusz Pyszny! No, nie... A ta twierdza co ją oblegali to przecież Zbaraż był! Jeny...”

Czmychasz cichcem do szatni, dziękując losowi, że konkurs zahacza akurat o ostatnią lekcję, może zdążysz się ewakuować przed... Dzwonek. Kurcze.
Oczywiście dosłownie w ciągu minuty zbiegają się znajomi i zadają to sakramentalne pytanie: Jak ci poszło?. Szybka rozkminka. Jak powiem, że do dupy, to znów będzie że jestem pesymistką, ale przecież jak powiem, że świetnie było, to jeśli nie przejdę, życia mieć nie będę... W końcu bąkasz pod nosem, że w sumie nieźle i trzeba czekać na wyniki, po czym zabierasz swój majdan i kierujesz się do domu. A tam oczywiście czeka mama... „Tak, tak, mamo, dobrze było...”

Potem najgorszy okres: czekanie aż łaskawie zechcą sprawdzić te cholerne prace. Rzecz jasna znów przechodzisz przez wszelkie stany depresyjne. 
I teraz mamy dwie opcje. 
Pierwsza: nie udało się, Twoje życie nie ma sensu, jesteś ofiarą życiową. I oczywiście mówisz wszystkim, że co masz to gdzieś, że w końcu poświęciłeś na to tylko większość wolnego czasu... ale wreszcie możesz czytać książki!!! JUPI!!!

Plus oczywiście ciągle wysłuchujesz tekstów znajomych w guście: „CO?! Ty nie przeszłaś?!”. TAK, kurde, nie przeszłam. Amen, koniec tematu.

Opcja numer dwa: przeszłaś dalej i serduszko puka w rytmie cza-cza. Chwalisz się na prawo i na lewo, chodzisz dumna jak paw, a w pierwszej chwili wyglądasz tak:

Choć robisz wszystko by wyglądać tak:

Oczywiście do momentu, w którym zdajesz sobie sprawę, że rejon jest ledwie za miesiąc, a ty musisz poznać całą historię XIX wieku. 

A nawet jeśli i tak nie przejdziesz z rejonu dalej, to i tak w czasie rodzinnego spotkanie przy okazji świąt Bożego Narodzenia będziesz robić za atrakcję wieczoru. 


 Mam nadzieję, że nie obrazicie się za tą nieksiążkową wstawkę, ale pisanie tego posta pomogło mi trochę odreagować w przerwach między naukę do rzeczonego kuratora z historii (który by the way jest w środę). Mam nadzieję, że dało się to czytać ;)
Pa!

3 komentarze:

  1. Życzę powodzenia. Ja swoją przygodę z kuratoryjnymi skończyłam w tym roku szkolnym i w sumie cieszę się, że już nigdy nie zostanę zmuszona do brania udziału w tych konkursach.(A zwłaszcza z polskiego) Choć z chemii chętnie bym wystartowała...
    Miłej nauki i jeszcze raz powodzenia. :)
    Ps. Nawet jeśli z konkursem nie wyjdzie, to będziesz bogatsza o to czego się nauczyłaś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo się cieszę, że poruszyłaś ten temat. Sama jestem obecnie w trzeciej gimnazjum i konkursy kuratoryjne to temat rzeka . Z tego co widzę, to chyba w różnych województwach te konkursy odbywają się na trochę innych warunkach, ja mieszkam w podkarpackim i do rejonu kwalifikują na tej zasadzie, że gdy w całym województwie weźmie udział np. 3000 uczniów, to dalej kwalifikuje się 200. To jest chyba jeszcze gorsze, bo można mieć 46/50 punktów a i tak nie przejść dalej. Ja od zawsze brałam udział w konkursie z angielskiego, dlatego że naprawdę dużo czasu poświęcam na naukę tego języka i stało się to dla mnie pasją, tak jak czytanie książek. W zeszłym roku zabrakło mi dwóch punktów do zostania laureatem i nie cieszyłam się nawet z tego finalisty, bo cały czas myślałam jak niewiele mi brakło, żeby osiągnąć tytuł laureata. Nie mówiłabym nic, gdyby nie to, że 75% laureatów to zagraniczne nazwiska i zapewne dużo z tych osób większość życia spędziło w Stanach, czy Anglii. Wspomnę jeszcze tylko, że rok temu byłam na samej granicy, gdybym miała punkt mniej, to już nie dostałabym się dalej. Na etapie rejonowym poszło mi dość dobrze, a co mnie zastanowiło to fakt, że dużo osób uzyskało bardzo mało punktów, mimo że wyniki z etapu szkolnego mieli bardzo wysokie. To tylko świadczy o tym, że wyniki tego etapu są często zawyżane i w niektórych przypadkach nawet dość znacząco, bo jakoś nie wierzę, żeby ktoś kto napisał tak dobrze pierwszy etap, zawalił całkowite drugi.
    W tym roku również pisałam kuratora z angielskiego, akuratnie wczoraj, i wiem już ile uzyskałam punktów, więc mogę podejrzewać, że przejdę dalej i mam zamiar poświęcić każdą chwilę na naukę. Mimo to, mam ma ten temat takie zdanie, że ten konkurs nie sprawdza do końca wiedzy (mówię o tym z angielskiego), bo w zeszłym roku pytania z części kulturowej były jak z kosmosu. Idę o zakład, że jakby zapytać osoby, które oceniały te testy, to same nie znałyby odpowiedzi na te pytania.
    Z historii jest o tyle lepiej, że podany jest jakiś konkretny zakres materiału, którego mamy się nauczyć tak jak w tym roku kształtowanie się państwa wczesnopiastowskiego. Mi udało się załapać na drugi etap, ale jak zobaczyłam, że jest zapowiedziany na za dwa tygodnie, to się załamałam, bo historia jest do nauczenia się, ale nie w tak krótkim czasie. Całe szczęście wczoraj pojawiła się informacja o zmianie terminu drugiego etapu, ale teraz zbiega się on z Ogólnopolską Olimpiadą Historyczną, która też jest bardzo ważnym konkursem i do liceum punktuje się ją jak kuratora.
    Ja niestety jestem nastawiona bardzo negatywnie do tych konkursów właśnie przez ten angielski, którego uwielbiam się uczyć, ale w zeszłym roku ten trzeci etap mnie załamał. Niektóre pytania w ogóle nie sprawdzają wiedzy, ktoś może ustrzelić odpowiedź i mieć szczęście, a w tych późniejszych etapach każdy punkt jest na wagę złota. W tym roku mam przynajmniej nadzieję, że nie zrobię żadnych głupich błędów, bo takie niestety zawsze mi się zdarzają. Komentarzami znajomych się nie przejmuję, natomiast moja mama (która jest anglistką) i moja nauczycielka angielskiego, obie mają podobne zdanie co do tych konkursów.
    Trochę się rozpisałam, ale po prostu żywię małą urazę po zeszłorocznym konkursie i cieszę się z możliwości dyskusji na ten temat :)
    Życzę Ci powodzenia na konkursie z historii :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę... Nie wiem czy jestem jakaś nieogarnięta, czy moje gimnazjum zacofane, ale nic mi nie wiadomo o żadnych konkursach kuratoryjnych ;-;

    napolceiwsercu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.