017. "Krew i stal" Jacek Łukawski


Debiuty bywają różne i mają to do siebie, że na ogół podchodzimy do nich jak pies do jeża. Zwłaszcza że w połowie przypadków po zakończeniu danej powieści mamy ochotę wysłać pisarzowi długi list wyrażający mniej więcej tyle: "Trzymaj się Pan z dala od komputera, laptopa, maszyny do pisania, czy chociażby kartki papieru i długopisu. Jeżeli aż tak się Panu nudzi to polecam wędkowanie, a nie publikowanie swoich wypocin, które powinny były zostać w szufladzie".
Jednak od czasu do czasu zdarza się, że wśród tego całego barachła można znaleźć prawdziwe perełki. No może jeszcze nie do końca  oczyszczone z mułu, ale już zapowiadające się świetnie. Właśnie do tego rodzaju debiutów przyporządkowałabym Krew i stal Jacka Łukawskiego.


- Mówię wam, panie, że musi być magia zaklęta w tym kawałku żelaza. Nawet znaki zdają się to potwierdzać.
- To nie jest ballada pijanego barda, Gwydonie, nie każdy stary miecz musi być czarodziejski, tak jak nie w każdej pieczarze smok ma przykutą księżniczkę, która tylko czeka, byście ją uwolnili.
- A po cóż uwalniać? Smoka ubić i cieszyć się, że dziewka nie ucieka. - szelmowski uśmiech pojawił się na jego twarzy.

Z pogranicznej twierdzy w kierunku Smoczych Gór wyrusza oddział żołnierzy. Dowodzi nimi zaprawiony w bojach oficer Dartor, a ich przewodnikiem, a może raczej towarzyszem, jest tajemniczy drużynnik Artorn. Ich celem jest odzyskanie bezcennych artefaktów, które muszą powrócić do królestwa Wondettel zanim Zasłona Martwej Ziemi rozleci się i zniknie. Jednak nie będzie to takie proste. Muszą się zmierzyć z wszelkimi marami, których bali się nasi pradziadowie, a jakby tego było mało, po piętach depczą im tajemniczy wrogowie.
Jednak żaden z wyruszających na tę wyprawę nawet się nie spodziewa jaki okrutny los szykują im bogowie i jak kruchy jest otaczający ich świat.

Kiedyś, gdy ranny leżałem po bitwie, balwierza za rękę chwyciłem i mu mówię, że we łbie mi się kołacze od rana do południa i ustać  nie mogę. - Arthorn mrugnął okiem. - A on mi na to: "To wstawajcie po południu". Cieszcie się więc, że was ta jadzia lepiej kurowała.

Krew i stal to naprawdę mocny debiut, który pełnymi garściami czerpie z kanonu literatury high fantasy. Przede wszystkim trafiamy do zupełnie nowego, stworzonego od podstaw i starannie dopracowanego świata, który pochłania czytającego bez reszty. 
Poza tym poznajemy grupę bohaterów, która musi wyruszyć w niezwykłą podróż, aby wypełnić tajemnicą misję ogromnej wagi, która może odmienić nie tylko ich życie, ale też zaważyć na losach całej krainy. Jakieś skojarzenia?...

Autor wyposażył swą książkę w niesamowity średniowieczny klimat, który idealnie miesza się ze słowiańskimi smaczkami. Pod tym względem powieść Jacka Łukawskiego przypomina mi trochę Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego. Z tym, że muszę się przyznać, że puki co mam za sobą tylko Ostatnie życzenie, więc nie wiem, czy moje założenia są do końca słuszne...

Krew i stal to przede wszystkim bardzo męska powieść z licznym mordobiciemchędożeniem i innymi tego typu rzeczami, więc jeżeli nie przepadacie za takimi klimatami to może lepiej odpuście ją sobie na starcie. Humor też jest dosyć specyficzny, więc możliwe, że nie każdemu przypadnie do gustu. Poza tym autor nie patyczkuje się ze swoimi postaciami - liczne bitwy, pojedynki, spiski, zdrady, krew się leje, ludzie się biją i inne tego pokroju cuda wianki. Czyli jeżeli szukacie miłego, spokojnego relaksu z uroczą historyjką Krew i stal odłóżcie na kiedy indziej.

Jednak jednym z najważniejszych powodów, dla których czekam niecierpliwie na kolejny tom, jest zakończenie. Chyba nasi rodzimi autorzy odczuwają większą potrzebę przysparzania czytelnika o zawał serca na ostatnich parunastu stronach swych dzieł niż ich koledzy zza granicy. Jeśli mam być szczera to na mojej prywatnej liście książkowych zawałów serca jak na razie królują głównie polscy twórcy, a to chyba coś znaczy...

- Mości Arthornie - wtrącił się Dartor. - racz mi wyjaśnić, o co się rozchodzi, bo gadasz tak, że mi myśli jak dziwki w burdelu tańcują.

Reasumując powieść Jacka Łukawskiego jest mocnym debiutem,na wskroś męską powieścią, przesyconą słowiańską mitologią oraz powrotem do źródeł powieści typu przygodowe fantasy. I do tego ma cudownego głównego bohatera, który ląduje na stałe na liście moich ulubionych postaci literackich. Jestem naprawdę ciekawa dalszych książek tego autora i liczę, że dalsze tomy Krainy Martwej Ziemi utrzymają poziom. I dobrze Wam radzę - zapamiętajcie sobie nazwisko Łukawski, bo coś mi mówi, że jeszcze sporo o nim usłyszymy.
Krew i stal polecam serdecznie wszystkim wielbicielom fantasy i osób lubiących tego rodzaju powieści drogi.

|| OCENA: 8/10 | DATA WYDANIA: 17 LUTEGO 2016 | LICZBA STRON: 376 | WYDAWNICTWO SQN | CYKL: KRAINA MARTWEJ ZIEMI (TOM 1) ||


KSIĄŻKA PRZECZYTANA W RAMACH:

 WYZWANIA CZYTAM FANTASTYKĘ ORGANIZOWANEGO PRZEZ MAGICZNY ŚWIAT KSIĄŻEK

WYZWANIA KLUCZNIK 2016 ORGANIZOWANEGO PRZEZ RECENZJE AMI
KLUCZNIK 1: KSIĄŻKA, KTÓREJ TYTUŁ ZACZYNA SIĘ NA TĘ SAMĄ LITERĘ, CO TWOJE IMIĘ

3 komentarze:

  1. Ja debiuty zawsze oceniam raczej ostrożnie, a jak trafi się jakaś perełka... jestem gotowa zarzucić moje play, alby drążyć autora dalej. Myślę, że książka jest ciekawa, aczkolwiek chyba nie dla mnie - nie moje klimaty ;)
    http://ksiegoteka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię takie debiuty, które okazują się być perełkami. Z wielką chęcią sięgnę po tę książkę ;)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.