061. „Historia pszczół” Maja Lunde

Pszczoły to jedne z najbardziej niedocenianych stworzeń na świecie. Ich zniknięcie, które jest całkiem realnym zagrożeniem, może naprawdę poważnie zaszkodzić całemu naszemu ekosystemowi. Cieszyłam się więc, że powstała książka, która przybliży troszkę ludziom ten problem i uzmysłowi chociażby książkoholikom jego wagę. I nadal się cieszę, że „Historia pszczół” powstała, ale bardzo serdecznie żałuję, że po nią sięgnęłam. W sumie mogłam się spodziewać, że jak wszystkim wkoło się ta powieść tak strasznie podoba, to ja się pewnie na niej zawiodę. W końcu już tyle razy się przejechałam, ale nie! Ja musiałam się przekonać na własnej skórze po raz kolejny, że skoro Internet coś poleca, to wcale nie oznacza, że to coś jest super...

„ Inspiracja to ważna siła napędowa. ”


Anglia, XIX wiek.
William, niespełniony naukowiec-przyrodnik z gromadką dzieci na utrzymaniu, pogrąża się w depresji, wychodząc z założenia, że nic istotnego w życiu nie osiągnął. W końcu jednak odnajduje w sobie pasję i postanawia bez końca poświęcić się stworzenia nowego, rewolucyjnego typu ula, który przyniesie mu sławę...

USA, 2007
George jest hodowcom pszczół. Tym sposobem kontynuuje rodzinną tradycję i liczy, że jego syn przejmie po nim firmę. Niestety, plany Toma są nieco inne. A na domiar złego nagle w całym kraju zaczynają ginąć pszczoły.

Chiny, 2098
Świat bez pszczół. Młoda kobieta Tao całymi dniami ręcznie zapyla drzewa owocowe. Rozpaczliwie pragnie by jej syn uniknął podobnego losu. Niestety, pewien nieszczęśliwy wypadek wstrząśnie całym ich życiem.


„ - To, czego mi brakuje, to nie jest wola. To jest... pasja, Edmundzie.
- Pasja? (...) Więc musisz ją odnaleźć, ojcze - rzekł pośpiesznie - I pozwolić, by cię prowadziła. ”


Może na dzień dobry wyjaśnijmy, gdzie tkwi mój problem z „Historią pszczół”. Przede wszystkim nastawiłam się na coś o wiele więcej od tego, co dostałam. A mianowicie myślałam, że powieść ta otworzy mi oczy, pozwoli spojrzeć na świat w inny sposób... Jednym słowem, że będzie to takie literackie „coś więcej”. A dostałam czytadło z kategorii 'czasoumilacz z morałem'. Jeszcze do tego momentami wyjątkowo durnowaty i próbujący być bardziej inteligentny na siłę. Plus niesamowicie nudny, przewidywalny i momentami po prostu o niczym.

Mamy więc trzy historie osadzone w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. W żadną z tych opowieści w żaden sposób nie potrafiłam się zaangażować. Pierwszą rzeczą, która zdecydowanie są postacie. Zwłaszcza mam tutaj na myśli te główne, czyli Williama, George'a i Tao. I wszystkie te postacie są o kant dupy roztrzaskać. Ich zachowanie jest w zależności albo nielogiczne albo tak stereotypowe, że bardziej już się nie da, albo nieadekwatne do sytuacji. Niemniej jeśli jeszcze z Tao, biedną matką, która chce odnaleźć syna, jestem jeszcze w jakiś sposób się zidentyfikować, tak z panami za cholerę nie. William miał jakiś taki dziwny kompleks niższości i sprawiał wrażenie jakby jego życiowym celem było zaimponowanie synowi. Wiecie, tak jak kiedyś najważniejszą rzeczą w ogóle w życiu kobiety było urodzenie mężowi następcy, tak ambicją życiową tego pana było zaimponowanie rozpieszczonemu przez mamuśkę synalkowi (który swoją drogą okazuje się być wyjątkowym gnojkiem). No okej. Sam pomysł na trochę niestabilnego psychicznie, niespełnionego geniusza (lub raczej człowieka przekonanego o własnym geniuszu) mógł być ciekawy. Niestety cała fabuła według mnie była przeraźliwie nudna. A do tego za Chiny nie mogłam Williama polubić. Zwłaszcza, że w swoich działaniach ten pan pokazuje przede wszystkim to, że jest niedojrzały i momentami po prostu żałosny. Do tego w pewnych momentach włącza mu się tryb "jestem panem tego domu, róbcie co ja chcę". A jego retrospekcje... no cóż, dość powiedzieć, że do tej pory mam przed oczami wyobraźni scenę, w której mały William podnieca się w lesie patrząc na to jak chrząszcz (albo żuk... nie jestem pewna) zjada larwy mrówek. Nie, dziękuję.
Natomiast George to taki najbardziej stereotypowy ojciec rodziny, jakiego można sobie wyobrazić. Na pewno już gdzieś w jakimś filmie mieliście do czynienia z facetem, który mentalnie nadal żyje w starożytnym Rzymie i myśli, że może decydować o swoim dziecku i żonie jak zechce. Bingo, o to właśnie George.
Mimo że praktycznie ciągle jesteśmy zasypywani opisami uczuć i rozmyśleniami głównych bohaterów, niestety osobiście nie widzę w nich nic więcej poza kukiełkami, które robią to, co chce autorka. Nie doszukałam się w nich żadnej głębi i w żaden sposób nie byłam się w stanie z nimi zżyć.

Jedynym w miarę ciekawym wątkiem w całej książce była historia Tao. Szkoda tylko, ze jej sedno stanowi pewna tajemnica co do losów jej synka, a raczej tego, co mu się wydarzyło. Niestety, każda osoba myśląca od razu się domyśli co do tego, co się Wei-wenowi stało. I wiecie, to jest trochę smutne, jak sama Tao domyśla się tego dopiero dobre 300 stron później...

Styl autorki w niczym mnie nie urzekł. Był prosty, może na początku nieco toporny, ale po przyzwyczajeniu się czytało się powieść nawet w miarę przyjemnie. W zasadzie nawet widzę, co mogło się wszystkim w tej powieści podobać. Widzę w tym pod pewnym kątem ciekawą powieść o relacjach między synem a ojcem (baaardzo schematyczną) i intrygującą wizję przyszłości bez pszczół (śmiem twierdzić, że raczej mało realną, ale co tam). Niestety, ja i ta książka po prostu się rozminęłyśmy. Nie zaiskrzyło między nami. Może to ja miałam zbyt duże oczekiwania, może zwyczajnie nie była w moim guście, ale niestety coś między nami nie pykło...


„ - Czy nie obiecywałaś mi, że będziesz cicho? 
 - Wybacz. Już nic nie mówię. 
 - Ale ja słyszę, co ci się tłucze po głowie. ”


Moim głównym problemem z „Historią pszczół” jest to, że dla mnie ta powieść była niemiłosiernie nudna. Miałam wrażenie, że nigdy jej nie skończę. Do tego nie byłam zwyczajnie w stanie w żaden sposób zidentyfikować się z bohaterami. Z drugiej jednak strony jest to mój indywidualny odbiór tej książki i z tego, co widzę jestem w zdecydowanej mniejszości czytelniczej (może powinnam się znaleźć pod ochroną?). Po prostu dla mnie pani Lunde nie stanęła na wysokości zadania. Z drugiej jednak strony myślę, że ta książka dla wielu czytelników może się  okazać strzałem w dziesiątkę, dzięki ukazaniu trudnych relacji rodzinnych. Niestety, dla mnie ta książka pozostaje ogromnym rozczarowaniem.

W   P I G U Ł C E
AUTOR: Maja Lunde
TYTUŁ ORYGINAŁU: Bienes Historie
TŁUMACZENIE: Anna Marciniakówna 
DATA WYDANIA: 14 kwietnia 2016
LICZBA STRON: 518
WYDAWNICTWO Literackie
CYKL: -
OCENA: ★★★★★½☆☆☆☆  5.5 / 10

5 komentarzy:

  1. Spotykałam się ostatnio z samymi pozytywnymi recenzjami tej powieści, i z tego względu nie chciałam po nią sięgnąć. Jeśli wieje nudą, to nie wiem czy jest sens przeczytania tej książki..
    Pozdrawiam
    Osobliwe Delirium

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam dużo pozytywnych opinii na jej temat i po każdej takiej opinii miałam zamiar iść na drugi dzień do biblioteki i przeczytać to cudo, jednak do tej pory tego nie zrobiłam (i moje wielkie plany szlag trafił xD). Przyznam szczerze, że pomimo twojej negatywnej recenzji, i tak chyba po nią sięgnę (ale nwm kiedy xD), bo opis mnie intryguje. ;)
    Pozdrawiam! :)
    recenzjeklaudii.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Do twój pory czytałam, chyba, same pozytywne opinie o tej książce. Sama książka Ku znalazła się na mojej półce, jednak ciągle nie miałam czasu, aby po nią sięgnąć. Teraz mój zapał zupełnie opadł.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zbieram się do przeczytania tej książki już od jakiegoś czasu. Mimo że dalej bardzo chcę ją przeczytać, to twoja recenzja ostudziła mój zapał. Niemniej jednak mam nadzieję, że mnie ta powieść przypadnie do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie słyszałam o niej, ale po Twojej recenzji raczej nie będę do niej entuzjastycznie podchodziła. Zauważyłam także na samym końcu recenzji przy ocenie, że zaznaczyłaś ocenę w gwiazdkach jako 6,5 i to chyba błąd. Przepraszam bardzo jeśli nie, ale wolę powiedzieć!

    Pozdrawiam,
    Julia z countrywithbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.